Tytułem wstępu.
Debiutuję.
Szczerze przyznam, że potrzebuję Waszej opinii i 'nie boję się nawet klapsów' :P Wręcz przeciwnie, pomogą mi. Napisałabym coś więcej ale boję się, że popsuję więc.. Zapraszam.
Może to błąd? – pomyślała, kiedy w jej drzwiach stanął wysoki brunet. Poczuła nagły skurcz w sercu. Jak to się stało, że zdołał przebić się przez jej tak skrupulatnie i dokładnie stawiany mur, który miał ją chronić przed wszelkimi emocjami? Już chciała tak po prostu zamknąć przed nim drzwi jednak jej wątpliwości szybko zostały zagłuszone przez pocałunek, który zupełnie odebrał jej zdolność trzeźwego myślenia.
Może to błąd? – pomyślała leżąc na jego klatce piersiowej, przykryta jedynie cienką, satynową pościelą, która nosiła na sobie jeszcze zapach namiętności sprzed kilkunastu chwil. Wsłuchując się w coraz spokojniejsze bicie jego serca powtarzała sobie w myślach, że to musi być ten facet. Nie, to JEST ten mężczyzna! To przy nim po raz pierwszy poczuła się tak naprawdę bezpieczna i to właśnie on sprawiał, że na jej zwykle surowym obliczu zaczynał jaśnieć uśmiech. – Marek? – zawahała się nagle przestając kreślić niewidzialne kółeczka, które od dłuższej chwili pojawiały się na jego piersi. On jakby wyczuwając niepewność w głosie kobiety, objął ją mocniej ramieniem i spojrzał w jej błękitne tęczówki. – Kocham Cię – powiedział a w jej oczach przez chwilę zamigotało przerażenie, które szybko ustąpiło miejsca bezgranicznemu zaufaniu. – Ja Ciebie też – wyznała cichutko. Twarz adwokata natychmiast pojaśniała i ani się spostrzegła a jego usta spoczęły na jej ustach. Po chwili jednak przerwała pocałunek by spojrzeć mu prosto w oczy. – Kocham Cię – I jakby czerpiąc siłę z tego wyznania to ona tym razem zbliżyła się do niego czule go całując.
Może to błąd? – pomyślała, wybierając mu drogi zegarek na urodziny. Od kilku dni jest dziwnie zamyślony, szybciej wychodzi z łóżka, coraz mniej ma dla niej czasu. Coś zaczęło się dziać od ostatniej kolacji u Doroty, ale przecież na każde pytanie zdawkowo odpowiada, że wszystko w porządku i nie potrzebnie się martwi. Czy On naprawdę myśli, że jestem taka głupia? Przecież każda kobieta, nawet nie pracująca w moim zawodzie, zauważyłaby zmianę w jego zachowaniu. Z drugiej strony, to przecież jest TEN mężczyzna. Kocha ją, sam tak powiedział. Nie okłamałby jej prosto w oczy, przecież by to wyczuła… W takim razie… Co się z nim dzieje?
Może to błąd? – pomyślała, chwilę po swoim postanowieniu. Słysząc otwierające się drzwi od łazienki i ciężkie kroki mokrych stóp zmierzające w jej stronę, natychmiast udała zainteresowanie dokumentem czytanym w laptopie. Moment później poczuła jego rozgrzane wargi na swojej szyi, oddała się temu uczuciu. Poczuła się, jakby nic się nie stało, jakby wszystko było tak, jak dawniej. – Kto to był? – zapytał swoim niskim, zmysłowym głosem jakby dla zasady, skupiając się raczej na jej ciele niźli na jej odpowiedzi. Przeszedł ją dreszcz. W jej głowie rozpoczęła się galopada myśli. Powiedzieć prawdę i zniszczyć to, co właśnie udało im się odbudować czy może…? Dalsze rozmyślanie przerwały jej niezwykle subtelne usta mecenasa, które rozpoczęły wędrówkę po jej obojczyku. – Cholera, pieprzyć to! – pomyślała a po chwili, tym razem już na głos powiedziała: - Jakieś dzieci bawią się domofonem.
Może to błąd? – pomyślała. Ale teraz już za późno, powiedziała to na głos. Bo przecież co by było, gdyby tamtego dnia nie skłamała i powiedziała prawdę? Jego oczy, ta bezkresna głębia, nagle zaczęła ją świdrować wzrokiem. Jeszcze nigdy nie widziała w jego oczach tyle zdziwienia wymieszanego ze zdenerwowaniem. – A stanęła? – rzucił wściekły w przestrzeń i nie słysząc odpowiedzi, ponownie starał się zagłębić w akta sprawy w laptopie. Nie spojrzał na nią. A gdyby tak właśnie zrobił, zauważyłby jak na twarzy pani prokurator malują się tysiące emocji. Od wściekłości spowodowanej awanturą, poprzez ogromny żal, kończąc na poczuciu winy. – Tak, stanęła.
Może to był błąd? – pomyślała, siedząc w krześle z kieliszkiem wina w ręku. Zaczęła analizować swoją sytuację na spokojnie, weszła w swój tryb prokuratorski i przejrzała w głowie wszystkie ich wspólne momenty. Kochała go, to pewne. Kto by pomyślał, że pani prokurator jest zdolna do takich uczuć. Na co dzień, podczas rozpraw zimna i bezwzględna a w domu, spokojna i uległa. Tylko jemu. Kiedyś usłyszała pewne zdanie, które nagle wypłynęło, jak gdyby specjalnie przyszykowane na tę właśnie chwilę: „Kiedy kochasz prawdziwie przestaje zależeć Ci na sobie, myślisz o szczęściu tej drugiej osoby. Nawet, jeśli oznaczałoby to Wasze rozstanie.”
To stanowczo był błąd, że stanęłam na drodze do ich szczęścia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz